No me moleste
Pogodne lipcowe popołudnie. Trochę wprawdzie duszno, ale za to piątek. Kawę, myślę, zrobię, ożywi mnie trochę, pobudzi może, bo trzeba do komputera usiąść napisać coś. Choćby parę zdań. No me moleste mosquito… śpiewają Dorsi – radio Inter lubi czasami takie starocie odgrzebać. Nie molestuj mnie moskicie – tłumaczę zgrabnie, bo wybitną mam łatwość przyswajania języków. Szczególnie obcych. Moka już bulgocze zachęcająco, ja filiżankę i te tam różne utensylia na tarasik wynoszę. Aurę łaskawą trzeba wykorzystać, powietrza się nawdychać, póki żar trochę odpuścił, bo nie wiadomo na jak długo. No me moleste mosquito nucę wdzięcznie, bo muzycznie również wybitnie jestem uzdolniona i idę z tą kawiarką. Filiżankę ręką (lewą) przytrzymuję, żeby na spodek nie nachlapać. Ożeż ty! No dziabnął mnie! W prawe ramię! Odruchowo się wzdrygnęłam i co? Strumieniem wrzącej, gęstej kawy (z cynamonem i odrobiną mielonego imbiru) chlup po paluchach! Nie chcecie wiedzieć co mi się...