Takie tam
O czemże dumać na paryskim bruku, Przynosząc z miasta uszy pełne stuku, Przekleństw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów, Zapóźnych żalów, potępieńczych swarów?... Było tak. Zupełnie bez związku z mottem. Zawalił się dach. Człowiek (malutki, nieważny) musiał uciekać. Uciekał od wszystkiego. Od całego swojego życia pod tym dachem. Od marzeń, bo kiedyś, dawno, jakieś miał. Od złudzeń, bo trzymały się dłużej. Od nadziei, bo podobno umiera ostatnia. Uciekł. Nikt nie wie dokąd. Zniknął. Poszedł, pojechał, odpłynął, odleciał. Taki symbol ten dach? Dla niego nie. Dla niego dach po prostu. Spał pod nim. Pod nim jadł, chronił się przed deszczem i upałem. Uciekał tam, pod ten dach, przed wszystkim i wszystkimi, przed tym czego nie rozumiał, czego nie mógł pojąć, przed nienawiścią, albo tylko niechęcią, przed niezrozumieniem. I któregoś dnia ten dach się zawalił. Stary był. Trzeszczał od dawna. Robaki toczyły w nim korytarze, sypały się trociny, rdzawy drzewny p...