... samotny myśliwy na strychu

  


Wstęp:

Znowu ten strych. Strych ze swoim bogactwem wspomnień.

Pudła z książkami przebywającymi na, często niezasłużonym, wygnaniu.

Grzebię w tych pudłach, kicham, bo kurz, odkładam te które koniecznie chcę zabrać na dół, przywrócić do życia.

Maleńki format, szara okładka, wydanie z 1975 roku, Czytelnik, seria Nike. Obwoluta (pamiętam, że była brązowa) dawno już nie istnieje, pewnie zgubiona, zniszczona, porwana. Na szarej okładce plamy jakiegoś brudu, rogi trochę przetarte, a papier zżółknięty w ten rozczulający sposób, w jaki tylko kartki książek potrafią żółknąć.

„Serce to samotny myśliwy” Carson McCullers. No, ten tomik na pewno ze mną opuści strych. Wart jest przypomnienia, przytulenia, ponownego czytania.

Upchnęłam w walizce, przywiozłam ze sobą. W czasie wakacyjnego wyjazdu czasu na czytanie spokojne, uważne, w skupieniu, pozostaje niewiele. W wakacje czyta się lekko, szybko, eskapistycznie. W końcu od tego są wakacje. Doczekała się książka jesieni.

– Ooo! – powiedział syn, bo akurat przyjechał – Przywiozłaś!

Przywiozłam, mówię, bo że na strychu znalazłam wiedział z telefonu. On na to, że dobrze, bo chętnie wreszcie przeczyta. A wreszcie, bo (tak twierdzi) nasłuchał się o tej książce ode mnie przez lata dużo i długo.

??? Te efektowne trzy znaki zapytania mają wam uświadomić moje zaskoczenie i zakłopotanie. Na pewno coś o tym mówiłam. To jedna z tych książek, które siedzą w człowieku, a właściwie zostają na zawsze. Ale, że tak dużo o niej mówiłam i ciągle, no to mnie jednak zaskoczył.



Rozwinięcie:

Czytamy. Najpierw on (syn), potem ja. Może nawet trochę „na zakładkę”, ale pokojowo – nie wyrywamy sobie z rąk. No i niespodzianka. To jest zupełnie inna książka (no prawie zupełnie inna) niż ta, którą czytałam przed półwieczem.

Syn, jak to synowie, sporo jest ode mnie młodszy – inaczej widzi wiele rzeczy, inaczej postrzega świat (ten literacki też). To on zwrócił uwagę na biedę, politykę, beznadzieję i to rozedrganie agonizującego świata.

Ja (czytam jako druga) już przez niego uprzedzona, bardziej zwracam na to uwagę. No tak. Zapaździałe amerykańskie południe, osławiona Georgia ze swoim rasizmem, wsteczniactwem i obskurantyzmem. A na świecie dzieją się lata trzydzieste dwudziestego wieku.

On (syn) o naiwnych prorokach nieprzetrawionych idei.

Ja, za nim, spoglądam uważniej na doktora Copelanda i Jake’a Blounta, na robotników i włóczęgów odczłowieczonych biedą.

Ja z przyjemnością odnajduję Singera zanurzonego w swoich rytuałach, celebrującego przyzwyczajenia, uporządkowanego i milczącego. Człowieka z obsesją, z wyobrażeniem nieistniejącej przeszłości, pielęgnującego przyjaźń, którą bardziej wymyślił niż doświadczył.

On (syn) dziwi się, że wątek nimfetkowatej fascynacji Mick cichym, tajemniczym lokatorem w mojej pamięci urósł do wątku głównego.

Ja również się dziwię, bo czytając teraz (po pół wieku – przypominam) zupełnie inaczej to widzę. A przecież przez lata w mojej pamięci to była taka Lolita tylko lepsza. Subtelniej rozpisane te niezdrowe (?) choć dość powszechne zauroczenia, mniej dosadne, z urokiem niedopowiedzenia i niespełnienia. Nabokov niech się schowa. Nabokova, też dawno w rękach nie miałam, więc tym bardziej (w 2026 roku) tę analogię sobie daruję.

A tu proszę. Jest Mick, taka jak była, gdy czytałam po raz pierwszy – jedyna w tym ponurym towarzystwie jasna, świeża jak wisienka, trochę zadziorna, bardzo naiwna – dokładnie taka jaka powinna być młodziutka dziewczyna, prawie dziecko. Dziewczynka, która marzy, chce żyć, chce wiedzieć, czuć, być. Nawet Biff się do niej nieśmiało uśmiecha, bo to ona wnosi na tej posępnej prowincji odrobinę ciepła, światła, nadziei. Chociaż z nadzieją to nie do końca. To się udać nie może. I to się czuje. Czas na marzenia skończył się wraz z zamianą tenisówek na pantofle na obcasie i obszarpanych szortów na niewygodną, wąską spódniczkę.

Ale to przecież tylko jedna z wielu historii złamanych, niespełnionych ludzi. Kalejdoskop straconych złudzeń, beznadziei i goryczy.

Dlaczego właśnie ten (nieewidentny przecież) wątek tak mi utkwił w pamięci? Może byłam za młoda? Pewnie niewiele więcej lat miałam niż ta dziewczyna z książki. Z wiekiem inne rzeczy stają się ważne. Coś co wydawało się skomplikowane staje się proste, a inne rzeczy, niegdyś banalnie łatwe stopniowo komplikują się aż do absolutnej nieosiągalności. Fascynacje się trywializują, marzenia dezawuują.

Po tamtym, dawnym czytaniu zostało mi wrażenie nostalgicznego smutku, opowieści o przyjaźni, wierności, niespełnionych marzeniach. Wrażenie silne, ale gdyby próbować określać je kolorami byłby to szarawy błękit. Kolor dymu z papierosa, ewentualnie chłodnego, zamglonego zmierzchu.

Czytanie sprzed kilku tygodni zostawiło gorzkie tchnienie fatalistycznego mroku.

A jeśli w kolorach to bliżej do szarości płynnie przechodzącej w czerń. I to czerń zabrudzoną mdłym brązem

 Cóż, czas robi swoje.

A książka ani o cal nie spadła w moim prywatnym rankingu książek życia.

Zwłaszcza gdy pomyślę, że McCullers, pisząc ją, miała 22- 23 lata. Wpadajcie więc czasami na strychy, spoglądajcie uważnie na zapomniane półki waszych biblioteczek, wyciągajcie z szaf zawieruszone woluminy – fajna zabawa.



Zakończenie:

No i to chyba tyle.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Obiad z szampanem

Strychów pamięci żałobny rapsod (będzie smętnie, ale nie heksametrem)

Gdzie się podziali szczęśliwi ludzie