Odmch...

 


 

Jest tak. 

Wiosna. Wiosna wymodlona, oczekiwana, przewidywana, wymarzona. Wreszcie będzie ciepło, wreszcie rachunki (prąd, gaz) spadną, wreszcie będzie można udawać, że będzie lepiej.

Na razie jeszcze nic nie wiadomo. Jedni się podniecają meteorologią, inni do meteorologii dorabiają magię, czary mary, religię nawet.

20 marca – wiosna astronomiczna, 21 marca–wiosna kalendarzowa. Ogólnie – hura – wiosna!

A u mnie jak ? A u mnie - oż, cholera, wiosna!

Romantyzm romantyzmem, ale trzeba się wziąć za robotę. Grabić (to nie problem), ciąć (to już zależy od rozmiaru konarów), kopać, szorować, odgruzowywać, odkopywać. Chwaściory, mech, insekty, gryzonie. I nie milusie wiewióreczki, jeżyki, łasiczki. Nie nie. Szczury. Paskudne, złośliwe, bezkarne, bo ilościowo przeważające.

Nic dobrego.
Nie te misiate, słodkie źwieziaćki. Nie te piesie, kociełki, futerkowe misie-pysie.

Zostawmy te zwierzaki, natura nie chce być cała miła, różowa i w falbankach, przejdźmy do wiosny bardziej ogólnie.

Ogólnie to wiosną jest robota. Zgnilizna, chwasty, trawsko, próchnica, mech…

No właśnie – mech.


Jest tak: z domu do ogrodu wychodzi się takimi ni to drzwiami, ni to oknem. Tam jest taki jakby podest, potem trzy schodki , kawałek niewiadomoczego (głównie trawy) i już zaczyna się ogród. Taki pełną gębą: chwasty, krzaki, drzewka, krety, pokrzywy, szopy, szerszenie, jeszcze trochę pokrzyw, mech, szczurze nory, jeszcze trochę mchu…

Wiosna (cholera), no to do roboty.

Zaczynam od tego podestu (tarasiku), który mam pod samym nosem, pod samymi drzwiami.

Jak już wreszcie zrobi się ciepło, tam sobie piję kawę. Nawet tę poranną.

Zaczynam więc wiosenne porządki od tej przestrzeni. Mój kawowy tarasik. Dwa, może trzy metry kwadratowe kamiennych płyt zarośniętych mchami i porostami. Czarno-zielone, śliskie, paskudne.

Próbuję różnych internetowych, czarodziejskich patentów, ale… Działa tylko stara sprawdzona metoda – szczota, wiadro z wodą, trochę detergentu i szorowanie.

Jak już odszorowałam, okazało się, że fugi są w stanie niezadowalającym (eufemizm). W szopce mam kanister z zajzajerem, który ma niszczyć mech. Dobrze.


Kolejne dni na kolanach (żeby się bronić przed reumatycznymi skutkami, podkładam pod te kolana styropian ). Szoruję. Czyszczę. Pozbywam się mchu.

No właśnie.


Czyli co ja robię?

Bo jak wyrywam chwasty, to odchwaszczam.

A jak likwiduję mech to…?

Odmchywam?

Odmchaczam?

Odmechczam?

Odmchiwam?

No bo przecież, na litość boską, chyba nie odmchu...ę?

Jakieś propozycje?

Co ja właściwie robiłam trzy dni. Na kolanach.

Miłej wiosny.

Komentarze

  1. A miałaś dać sobie spokój z ogrodem i przyległościami 😜

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Strychów pamięci żałobny rapsod (będzie smętnie, ale nie heksametrem)

Gdzie się podziali szczęśliwi ludzie

Cieplutko