Takie tam
O czemże dumać na paryskim bruku,
Przynosząc z miasta uszy
pełne stuku,
Przekleństw i kłamstwa, niewczesnych
zamiarów,
Zapóźnych żalów, potępieńczych swarów?...
Było tak.
Zupełnie bez związku z mottem.
Zawalił się dach. Człowiek (malutki, nieważny) musiał uciekać. Uciekał od wszystkiego. Od całego swojego życia pod tym dachem. Od marzeń, bo kiedyś, dawno, jakieś miał. Od złudzeń, bo trzymały się dłużej. Od nadziei, bo podobno umiera ostatnia.
Uciekł.
Nikt nie wie dokąd.
Zniknął. Poszedł, pojechał, odpłynął, odleciał.
Taki symbol ten dach?
Dla niego nie.
Dla niego dach po prostu. Spał pod nim. Pod nim jadł, chronił się przed deszczem i upałem. Uciekał tam, pod ten dach, przed wszystkim i wszystkimi, przed tym czego nie rozumiał, czego nie mógł pojąć, przed nienawiścią, albo tylko niechęcią, przed niezrozumieniem.
I któregoś dnia ten dach się zawalił.
Stary był. Trzeszczał od dawna. Robaki toczyły w nim korytarze, sypały się trociny, rdzawy drzewny pył. Skrzypiało, chrzęściło, a on, biedny, myślał, że to przyjazne odgłosy. Że jego dach szepce do niego miłosne frazy, że chroni go, broni przed wszystkim i wszystkimi.
Oszukał? Nie, nie oszukiwał. Po prostu nie wytrzymał. Zmęczony był. Zżarty, przeżarty przez insekty, czas, deszcze i słońce. Uprzedzał, ale kto by tam słuchał dachowych szeptów. Póki się trzyma, póty nadziei i tyle.
Więc. On tam był w środku, ten człowiek. Człowiek spod tego dachu. A trwało to wszystko chwilę. Pewnie usłyszał jakiś szelest, chrzęst, może nawet trzask. Ale jeszcze wierzył, że to tylko zwykłe nocne odgłosy. Noc zawsze odgłosami straszy. Wyłażą z ciemności, trwożą, niepokoją.
A potem był już tylko huk, łomot i grzmot. I trzeba było uciekać. Bo nic już z dachu nie zostało.
A może to trwało dłużej? Może chrobotało wcześniej? Syczało ostrzegawczo, tyle że kto by tam słuchał. Może nocami sypał się tynk, odpadały od suchych belek opuszczone osie gniazda, coś rozrywało na strzępy pajęcze sieci? Może dużo było takich nocy, albo i dni.
Och, mówili potem ci, których dachy stoją nadal, to straszne, cóż za nieszczęście.
Później mówili, że pewnie nie dbał, że trzeba było remontować, poprawiać, że przecież, że jakoś.
No a jeszcze później trzeba było to wszystko rozebrać, wywieźć gdzieś, bo zagrażało, bo nie wyglądało, bo wstyd.
A ten człowiek?
Uciekł. Poszedł dokądś. Miał ze sobą walizkę (niektórzy mówili, że plecak) i telefon w takim wiszącym na piersi futerale. Ważny był dla niego ten telefon, bo dbał o niego bardzo, pilnował jak oka w głowie.
Chyba pojechał autobusem, chociaż autobusy rzadko teraz jeżdżą. Już prędzej pociągiem, bo te co godzina, a jak z przesiadką to wszędzie właściwie możesz dojechać. A na pewno do miasta.
Podobno ktoś go widział koło sklepu. Inni mówili, że kręcił się nad rzeką w pobliżu przystani, a jeszcze inni jego psa widzieli, jak biegał pod lasem, zdziczały i wychudzony.
A potem przestali gadać, bo nie było już o czym.

Komentarze
Prześlij komentarz