Filiżanka

 


 

Siedzą wpatrzone w te swoje telefony. Piszą coś, uśmiechają się, czytają. Czasami wzrok któraś podniesie, zagada do tej drugiej. Kiwają głowami, pokazują sobie nawzajem co tam im się na ekranach wyświetla.

Ona też siedzi. Dłubie widelczykiem w rozmiękłych lodach, rozgniata ciastko, rozmazuje krem po brzegach talerzyka.

Jest i szampan. Dziewczyny wypiły po kieliszku, dolały sobie, dolały jej. Popijają, czytają wiadomości z internetu, z komunikatorów, cholera wie z czego jeszcze.

W jej kieliszku pływa komar. Albo jakaś muszka. Bez okularów nie widzi za dobrze. Coś małego w każdym razie. Palcem wydłubać się nie da, bo kieliszek wysoki i wąski.

– Macie ochotę na kawę?

Idzie do kuchni. Zaparzyć tę kawę i odetchnąć. Wraca na taras z cukiernicą i trzema kubkami na tacy - żółty, niebieski i trzeci w kolorowe maziaje.

– Zostaniecie do jutra? – pyta, stawiając cukiernicę na środku stołu.

– Oj, ja muszę jechać dziś wieczorem. Jutro rano pracuję. – Zosia odkłada telefon i nasypuje do kawy dwie łyżeczki cukru.

– Ja bym właściwie mogła zostać, ale pojadę z Zośką, będzie nam raźniej w drodze. Ale niedługo przyjedziemy znowu, nie martw się mamo. – Katarzyna rumieniła się zawsze gdy kłamała, albo coś kombinowała. Teraz też jest cała czerwona.

– Nie martwię się. Po prostu chcę wiedzieć. – Zaczyna zbierać miseczki po lodach, kieliszki i szklanki – Siedźcie sobie, ja już pójdę do domu. Chłodno się robi.

Jadą pociągiem o ósmej wieczorem. Jasno jeszcze, więc się nie denerwuje.

Przysyłają z drogi sms-y, że wszystko sprawnie, że przesiadka bez problemów, że Zośka szybko złapała autobus i dotarła do siebie przed dziesiątą. Katarzyna dopiero z mieszkania pisze, że jest na miejscu i dobrze, że wróciła, bo rano ma rozmowę w sprawie pracy.

Zostawiły po sobie rozgardiasz. Skotłowaną pościel, porozrzucane ciuchy, lusterko w łazience, jakby ktoś specjalnie pluł na nie pastą do do zębów.

Uśmiecha się sama do siebie. Dom ożył na chwilę. Ożył? Były tu przecież. Jej córki, jej dziewczynki, teraz już młode kobiety. Piękne, mądre, samodzielne. Poduszka, na której spała Zosia pachnie jeszcze jej perfumami. Kaśka zostawiła szal, wisi na poręczy schodów i krzyczy kolorami w mrocznej, niedoświetlonej sieni.

Były tu. Przywiozły kwiaty, upominki...

Starannie składa papier po prezentach, wstążeczki zwija w kłębek i wkłada do szuflady. Kasia kupiła jej żel pod prysznic, szampon i balsam po kąpieli. Taki komplecik w kolorowym pudełku. Widziała podobne w Żabce, tutaj na wsi. Kosztowały niecałe pięćdziesiąt złotych.

Od Zośki dostała sweter. Rozpinany, cienki sweterek. Ma już dwa podobne, ale będzie go nosić, gdy córka przyjedzie. A kosmetyki rozstawi na półkach w łazience. Niech Kasia wie, że ją cieszy podarunek.

Bierze się za sprzątanie. Porozrzucane ciuchy wrzuca do kosza na brudną bieliznę. Naczynia wstawia do zlewu, ale nie wszystkie. Kubki z niedopitą kawą przynosi z tarasu i ustawia na kuchennym stole. Tak jakby jeszcze tu były, jakby miały usiąść za chwilę i dopić tę kawę. Oblizuje łyżeczkę, którą wcześniej (widziała to!) oblizywała Zofia. Zawstydza ją ten gest.

Brudne naczynia zostawia w zlewie, chodzi po opustoszałych pokojach, zamyka okna, zamyka drzwi, gasi światła. Siada na kanapie, nakrywa nogi kocem. Herbata stygnie na stoliku, obok leżącego pod ręką telefonu. Zasypia przy włączonym telewizorze.

Budzi ją cisza i chłód wrześniowego świtu. No i minęły te jej urodziny. Siedemdziesiąt lat. Dużo, ale jeszcze nie najgorzej. Jeszcze nie czuje się stara. Nie bardzo stara. Radzi sobie.

Myślała, że będzie jakoś inaczej. Bardziej świątecznie, uroczyściej, może fajniej?

Dobrze, że przyjechały, były, pamiętały. Bo pamiętały nie zawsze.

Zjada kawałek bułki z masłem i żółtym serem. Takim zwykłym, najtańszym, nie z tym zagranicznym śmierdzielem. Nie żeby śmierdzieli nie lubiła, niektóre całkiem dobre, ale do śniadania najlepszy zwykły żółty ser, taki jaki zawsze dawało się na kromki.

Potem kawa. Dziś nie z ekspresu, tylko po staremu. Dwie łyżeczki kawy w kubku i wrzątek. Potem doleje wody, zrobi „zalewajkę”. Tak się zawsze robiło: najpierw kawa, potem zalewajka

Zdejmuje ze stołu serwetkę (wczoraj ją rozłożyła, miało być elegancko na te urodziny) i przesuwa wazon z kwiatkami od córek, żeby zrobić miejsce. Z pudełka po butach wyjmuje zawinięte w bąbelkową folię dwie filiżanki i dzbanuszek na mleko. Duży dzbanek z wygiętym dzióbkiem jest w drugim pudełku. Żółtawa porcelana, złoty pasek, złotkiem malowane uszko, czerwone różyczki i kilka drobnych listeczków wokół. Wzorek wyblakły, złotko trochę się starło. Przykłada rękę do dna naczyńka, podnosi na wysokość oczu i patrzy pod światło – zarys palców prześwituje przez cienką porcelanę.

Rękawem zmiata ze stołu kurz i jakieś paprochy. Rozstawia filiżanki na spodeczkach, dzbanuszek w środku, dzbanek trochę z tyłu, dzióbkiem w bok, bo wtedy najpiękniej widać jego kształt. Patrzy. Cofa się dwa kroki. Patrzy. Popija kawę, zlizuje fusy z brzegów ceramicznego kubka i te które osiadły na wargach. Patrzy.

Cukiernica się stłukła. Szkoda. Popłakała się wtedy. Długo trzymała skorupy na szafce koło lodówki. Dotykała małego trójkącika z wpisaną w niego dużą literą „Ć”. Ten kawałeczek denka cukiernicy z fabryczną sygnaturą nosiła w torebce zawinięty w bibułkę. Sama nie wie po co. Zginął gdzieś, zawieruszył się. Może jak zmieniała torebkę?

Blask słońca, rozproszony przez brudną szybę i gęste firanki, delikatnie muska pękaty dzbanek. Połyskują pozłacane uszka, mlecznym światłem jaśnieją filiżanki.

– Gdzie usiadłby ojciec? – mruczy, obchodząc stół dookoła – Gdzie siedziałaby matka?

Przesuwa filiżanki, poprawia położenie dzbanka, ustawia mlecznik bardziej z boku, albo bliżej środka.

– Tak. Tak jest dobrze.

Siada ze swoją kawą w ceramicznym kubku. Patrzy.

Ojciec nalewa herbatę najpierw do swojej filiżanki. Trzyma dzbanek pewnie, wskazującym palcem lewej ręki blokuje przykrywkę. Potem powtarza te same ruchy nad filiżanką matki. Odstawia dzbanek i sięga po mlecznik. Tylko matce nalewa mleka, on pije czarną z cukrem. Mama od razu sięga po herbatę, on długo miesza w filiżance. Opowiada co działo się w pracy. Śmieją się z niezręczności nowo przyjętej, młodej dziewczyny prosto po studiach. Mama ją zna, bo to córka koleżanki.

– Nauczy się –mówi – nabierze wprawy.

Z pokoju brata dochodzi monotonne dudnienie. Znów za głośno słucha muzyki.

–Ścisz to! – krzyczy ojciec– Ogłuchnąć można!

Dudnienie ustaje. Chudy, długowłosy Krzysiek pojawia się w drzwiach.

– Też bym się napił – mówi


(Jaka szkoda, że nie ma trzeciej filiżanki. Stłukła się przy remoncie kuchni. Zresztą Krzysiek już dawno nie żyje. Umarł zanim jeszcze rak wykończył ojca, a matka zamknęła się w sobie, zamilkła i zgasła, uschła, odeszła niecały rok później.)

Dolewają sobie herbaty. Tym razem matka serwuje i zaczyna od Krzysia, potem dolewa ojcu, na końcu uzupełnia napój w swojej filiżance. Ale tylko odrobinę, bo musi się zmieścić mleko.

Teraz mówią o szkole. Dopytują Krzyśka jak sobie poradził na poprawce sprawdzianu z biologii.

(Z biologią brat miał wtedy na bakier. A potem zdawał na medycynę, tak go te wieczne poprawki wciągnęły.)

Znów się śmieją, bo młody opowiada, że źle usłyszał i napisał na tablicy „mino grzeczny”. Cała klasa miała ubaw, bo chodziło o minoga rzecznego.

(Do samej matury wołali go Mino, nawet jak nikt już nie pamiętał skąd się ta ksywka wzięła.)

Ciąg dalszy, jak to zwykle one, wkrótce nastąpi. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Strychów pamięci żałobny rapsod (będzie smętnie, ale nie heksametrem)

Pani D się boi

... samotny myśliwy na strychu