"...ach, to ty?", czy jak?

 Wydaje mi się, że niedziele są teraz jakby częściej niż dawniej. Właściwie dotyczy to wszystkich dni tygodnia, ale niedziele łatwiej mi jakoś zauważyć, bo sporo ludzi ma wobec nich specjalne oczekiwania. Takie na przykład, że trzeba odpocząć. Od piątku wieczorem zaczyna się szaleństwo z odpoczywaniem i ma to swój urok. Pamiętam z czasów, kiedy dzieci były w wieku szkolnym i ten rytm narzucały.
Ale daaawno się to skończyło i, jak prawdopodobnie większość autorów, niedzielę robię sobie wtedy, kiedy akurat pisać nie mogę. Czasami wychodzi nawet z tego cały weekend i nie jest to dobre, bo potem muszę nadrabiać, rozgryzać, wchodzić w rytm i takie tam.
Ale dni tygodnia, to mniejszy problem. Gorzej, bo pory roku też jakby szybciej mijają. Luty dopiero się skończył i myślałby kto, że to jeszcze zima. Nic właśnie. Bzykające stwory obijają mi się o szyby, różne jakieś zielone wyłazi i to bardzo szybko. Czas pomyśleć o pułapkach na azjatyckie szerszenie i w ogóle, jak to napisała jedna z moich ulubionych fejsbukowych znajomych „Marzec miesiącem grabi!”.
Poczułam to dziś na własnej skórze (zwłaszcza na skórze dłoni). Po prostu – sezon rozpoczęty.
Za moich czasów wiosna przychodziła niespiesznie pod koniec marca, a lato, według moich osobistych znaków rozpoznawczych, ogłaszałam 3 maja. Bo wtedy był kiermasz książek i można było pójść w miasto w„podkolanówkach”, a nie grubych rajtuzach. I oprócz książek pokazywały się po raz pierwszy w sezonie, lody w waflach (albo „włoskie”), więc lato całą gębą.
Było, minęło. Wszystko nabrało przyspieszenia, o podkolanówkach mało kto już pamięta, a z rzeczywistością kłócić się nie ma sensu, tylko zachować pogodę ducha, podczas prac w ogrodzie.

 
Wierszyk stary, ale na czasie, więc go przytaczam. Tłumaczenie S.Prokopek, a obrazek malowany na desce.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sabbath bloody Sabbath

Nieuchronność, czyli smutek pustych filiżanek

Nieżycie