Paradiso w La Ferté
Niedzielne popołudnie. Późne popołudnie, ale jeszcze jasno. Zachód słońca 18.32.
Chłodno, jak na wiosnę, ciepło, jak na zimę. Takie nie wiadomo co.
Co robić?
A może by tak (czemu nie?) do kina?
To kino chodziło mi już dawno po głowie, ale (książki, internet, telewizja!) jakoś ciężko się zebrać.
Najwyższy czas.
Bo nie chodzi o film. Chodzi o to, żeby iść do kina.
Seans o 18.00. Film nazywa się „Dreams”. Opisany jako dramat, romans, thriller. Na ekrany wszedł chyba w styczniu. Niech będzie.
Wychodzę (jak zwykle) za wcześnie. Nie szkodzi, przy okazji będzie spacer.
Brama już otwarta. Wchodzi się przez dziedziniec. Dziedziniec też wart obejrzenia, bo budynek zabytkowy (XVI wiek) – mieszkała tu kiedyś Marie Rivière, siostra Jeana Racine'a, a efektowna wieża z fazowanymi narożnikami pochodzi z okresu Ludwika XIII. Ludwik XIII to ten, którego nazywali Sprawiedliwym i naprawdę nie wiem dlaczego, bo najbardziej lubił konie, psy i polowania, a rządziła za niego mamusia (Maria Medyceyska), a potem Richelieu.
Ale wieża ładna.
Na początku miła niespodzianka, bo należy mi się zniżka (zaawansowany wiek miewa swoje zalety). Jest automat z napojami, cukierkami, batonami i całym tym badziewiem, są plakaty filmowe na ścianach, jest dziewczyna w kasie (wolontariuszka), jest operator, który zagaduje wchodzących – znają się tu przecież wszyscy. Jedyne czego nie ma to prażonej kukurydzy i tłoku.
Trzy byłyśmy. Trzy podstarzałe kinomanki w puściutkiej sali kinowej.
Gasną światła, seans.
Rozglądam się – za mną jedna kobieta, dwa rzędy przede mną druga. Znajoma więc wymieniamy uśmiechy. Film oglądany w prawie pustej sali robi wrażenie. I oczywiście kojarzy mi się z Kino Paradiso.
Zwłaszcza z ostatnimi scenami, gdy dorosły już Salvatore ogląda pozostawiony przez Alfredo film, sklejany z ocenzurowanych scen. Ale nie tylko to.
Nasz Alfredo, postawny, łysiutki jak kolano krótkowidz, podpiera ścianę podczas reklam i zajawek kolejnych filmów. I ma to nieprzytomne, lekko nieobecne spojrzenie maniaków, nawiedzonych pasjonatów. Wysiaduje w tym kinie godziny całe. Uruchamia maszynerię nawet dla kilku tylko osób (trzech?!), ogląda wszystkie filmy, czyta recenzje, staje na głowie, żeby sprowadzić te ciekawsze, nie tylko masówkę i modne akurat animacje. I to wszystko w ramach pasji, bo jest wolontariuszem, jak oni wszyscy tam.
Nie życzę mu losu, jaki wymyślił Tornatore dla swojego filmowego Alfreda. Życzę mu pełnej sali na każdym seansie, życzę mu długich rozmów o filmach z zadowolonymi kinomanami, nawet jeśli mieliby to być tylko znudzeni emeryci. On to musi lubić. Więcej niż lubić.
A ja lubię (więcej niż lubię) to kino. Jest małe, jest przytulne, jest czymś rzadkim, niespotykanym. Kino w maleńkiej miejscowości, w dobie kiedy nawet seriali w TV już nikt prawie nie ogląda, bo wygodniej na różnych platformach, wprawdzie płatnych, ale mających swoje przewagi.
Melancholijnie się zrobiło. Wieczór się zrobił. Wracam. Uliczki ciche, choć dopiero ósma. Bruk błyszczy, choć nie padało.
Ta cisza, ten spokój jakiś taki duszący, wieszczący koniec. Końce różnych rzeczy, końce znanych światów, znanych zjawisk, kin, emocji, zauroczeń. Takie są te miasteczka – bez przyszłości, walczące o przeżycie, a czasami jeszcze, póki sił starcza, o zachowanie (przechowanie) ginącego powoli uroku.
Takie też jest to kino – nasze pikardyjskie kino Paradiso. I chcę wierzyć, że może gdzieś tam, w którymś z dużych, starych domów, albo w jednym z socjalnych mieszkań, czy bliźniaczych jednorodzinnych domków rośnie mały Toto, już teraz przez otyłego, łysego krótkowidza (naszego Alfredo) zarażony pasją do kina, filmów, obrazu.
Toto na pewno wyjedzie z La Ferté. Choćby do szkoły, na studia, do pracy - tu pracy przecież nie ma. Ale może kiedyś wróci.
Wróci, żeby w niedzielny wieczór otworzyć salę kinową dla kilku tylko osób.
A film? No cóż. Film miał swój morał: Chłopaki uważajcie na bogate, rozpieszczone, amerykańskie dziewuchy, bo mogą was złamać (a zwłaszcza nogę).
A wy, rozpieszczone, bogate, amerykańskie dziewuchy nie igrajcie z biednymi meksykańskimi imigrantami bez papierów, nawet jeśli to artyści. Bo jak im żyłka pęknie, to…! No!





Komentarze
Prześlij komentarz