Na gorąco, czyli post pod tytułem "Bez tytułu"

   


 

Zjeść obiad bez apetytu, przepychając rosnące w ustach kęsy, schłodzoną w lodówce wodą. Zjeść ile się da. Resztki wyrzucić do kubła na śmieci zmieszane. Albo, jeszcze lepiej, do pojemnika na kompost.

Talerz, miska, nóż, widelec, szklanka – do zlewu. Myć? Może później? Po kolacji? Tylko, że muchy. Trudno.

Radio do towarzystwa. Coś o zdrowym gotowaniu, wiadomości, prognoza pogody – ciągle upały i burze, znów coś o gotowaniu, tym razem oryginalne, egzotyczne przepisy, wiadomości, prognoza pogody (bez zmian), muzyka. I właściwie już popołudnie.

Ulica, zza firanki, cicha, pusta. Powietrze rozgrzane, tak że jeśli zmrużyć trochę powieki, drga i połyskuje. Możliwe? Raczej nie. Powietrze przecież nie połyskuje, nie drga. A jednak.

Jeszcze nie czas spacerów. Za gorąco. Za ciężko. Może pod wieczór? Może bliżej wieczoru wyjdą ci, którzy muszą. Z dziećmi, z psami, z żoną, mężem, bo jutro do pracy, do szkoły, bo nie będzie czasu.

Na razie żar wpycha się przez uchylone drzwi, niesie smolny, wapienno-cementowy ciężki swąd, pożerający wszelkie inne zapachy. Nawet bagienne rzeczne wonie zniknęły zduszone smrodem spoconych ludzi, benzynowym odorem pobliskiego parkingu i słodkawą przypalenizną bud z karmelizowanymi pistacjami, pizzą i cukrową watą.

Parasole, płócienne zadaszenia, przybrzeżne drzewa, wszystko co może uratować zaplanowaną od miesięcy, coroczną plenerową imprezę. Święto muzyki, pierwszy dzień lata, najkrótsza noc, najdłuższy dzień, a w tym roku dodatkowo Dzień Ojca.

Koncerty, biesiadowanie, atrakcje dla dzieci.

Dzieci marudne, rozdrażnione, ojcowie spoceni, czerwoni na twarzach, matki ze spływającym makijażem i wilgotnymi plamami pod rękawami wyjściowych bluzek. Mało chętnych na kufel piwa, na lampkę wina, nawet jeśli to schłodzone rosé. Ci, których skusiła wizja chwilowego orzeźwienia, siedzą z czerwonymi twarzami, zaczerwienionymi białkami oczu, błyszczącymi kroplami na czole i nosie. Nad opróżnionymi szklankami czekają aż alkohol przestanie gęstym, powolnym strumieniem krążyć w ich nabrzmiałych żyłach.

Artyści bez przekonania odbębniają zakontraktowaną ilość utworów, nie licząc na reakcję nielicznej ospałej publiczności. Pakują instrumenty, zwijają kable, żegnani obojętnymi spojrzeniami.


Wygląda jakby wieczór nie miał nadejść. W końcu jednak przychodzi, ale nie przynosi ulgi. Wściekły żar zamienia się w ciężki, wilgotny ukrop. Firanki nie drgną nawet w pouchylanych oknach, poparzone liście spadają z przegrzanych roślin, ojcowie i dzieci snują się po mieszkaniach w samych gatkach, matki boso w sukienkach na ramiączkach ,oklepują skronie i karki, zamoczonymi pod kranem dłońmi.

Bezruch. Rozlazły, nieładny bezruch.

– Przyjdziesz?

– Nie. Nie wiem. Może później.

– Kiedy?

– Wieczorem?

Ciemność niezdecydowana, niepełna jakaś. Wyczekać jeszcze chwilę, jeszcze moment. Wyjść z psem, gdzieś nad rzekę, gdzie chłodniej. Ubrać się jakoś. Jak? Wszystko za grube, zbyt ciepłe, za mało wycięte, zanadto obciskające.

Zabrać butelkę z wodą? Bez przesady, nie wybieramy się przecież na długą wyprawę. Pies niecierpliwi się, przedeptuje z łapy na łapę pod drzwiami, ślini się i popiskuje. Wybiega, ale zaraz zwalnia. Trzyma się blisko brzegu, w końcu wchodzi do wody, mimo mulistego dna, mętnych wirów i kolonii glonów. Wychodzi niechętnie bo brzeg coraz bardziej stromy, otrząsa się nieprzesadnie, na łapach i brzuchu zostają brunatne smugi. Ciągnie w stronę placu. Kuszą ukryte w trawie resztki frytek, kiełbasek, rozmokniętych wafli po lodach, wyplutych, rozmiękłych gum do żucia.

Ledwo kilka osób wyleguje się na trawie, ledwo kilka psów obwąchuje nadbrzeżne krzaki. Scena już zdemontowana, kosze na śmieci przepełnione, ci którzy popijają piwo przynieśli je tu ze sobą, muzyka sączy się jakaś ale z daleka zza pootwieranych okien. Okiennice też już uchylone, bo ciemno. Świecą migotliwie włączone telewizory, ekrany komputerów.

Trzeba nalać zimnej wody do psiej miski. Naszykować świeżą porcję żarcia, ta resztka ze śniadania skwaśniała i przyciągnęła stada obrzydliwych much.

Po kolacji pies układa się pod stołem. Kamienie tarasu ciągle nagrzane nie zachęcają do drzemki. Śpi niespokojnie, kłapiąc co chwila pyskiem, dla odstraszenia much, komarów, nocnych motyli.

Kot, obojętny na upał, przysnął na kamiennym parapecie, z ogonem zwieszonym obok doniczki z bazylią.

Trzeba włączyć serial. Niech filmowe dialogi dają złudzenie wieczornej normalności. Półmrok. Lampa niepotrzebna. Może później. Teraz czas pootwierać okna, podlać rośliny, wstawić do lodówki kolejną porcję wody, zaparzyć miętę, niech powoli stygnie. Pomarańcza, jabłko, kubek zimnej owocowej herbaty, może jogurt? Wystarczy na kolację

Oparcie fotela grzeje plecy, kanapa oblepia niechcianym ciepełkiem, ubranie klei się do ciała. Bezruch. Ulgę przynosi tylko miłosierny bezruch.

– I co, w końcu nie przyszłaś.

– Nie. Za gorąco.

– Jutro ma być jeszcze cieplej.

Powieki opadają. W skroniach boleśnie pulsuje. Strumień zimnej wody przynosi ulgę, ale tylko na chwilę. Swędzą podrażnione miejsca po ukąszeniach owadów. Żarówka nocnej lampki udaje małe słońce, grzeje.

Nie trzeba patrzeć na termometr. Trzeba zamknąć oczy, wyrównać oddech i spróbować zasnąć. Jutro ma być jeszcze cieplej.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Strychów pamięci żałobny rapsod (będzie smętnie, ale nie heksametrem)

Gdzie się podziali szczęśliwi ludzie

... samotny myśliwy na strychu