Posty

Przy zamkniętym oknie

Obraz
  Ja już kilka wpisów temu ostrzegałam! Do znudzenia ostrzegałam i na moje wyszło – jest jesień. Spotykałam się z zajadłą krytyką – a, że kwiatki, że słoneczko, ptaszki, te rzeczy. A teraz proszę bardzo – z dachu kapie, z nosa kapie, wiatr psimi uszami targa, kałuże i ciapa wszędzie. Najgorsze, że nie mogłam spać przy otwartym oknie. Źle to znoszę. Głównie z powodu towarzyszącego mi tamże, wyżej wzmiankowanego psa. Te stworzenia mają swoje upodobania zapachowe, niekoniecznie zbieżne z moimi. A nawet jakby nie on, to lubię po prostu spać przy otwartym oknie. No i obawiam się, ż e na jakiś czas z tym koniec. Dziś (wiatr zapowiadali, jak na Pikardię, umiarkowany, tzn. 60-70 km/godz.), otworzyłam, jak zwykle. Ścierę położyłam na parapecie, bo trochę zacinało. Leżę, czytam, nagle chrobot i paniczne sapanie. Zasłona się na mojego obrońcę rzuciła. O motała go, miękkim dotykiem otuliła, oślepiła, przeraziła. Zerwał się oszołomiony i lecieć chce gdzieś w panice. Z tą zasłonk

Stary człowiek i może

Obraz
  Pyta mnie znajomy, a dlaczegóż to ja tak późno zaczęłam pisać? Raz i drugi, ten znajomy, lub inny. Pytania się powtarzają częściej, odkąd pierwsza książka z historiami Serge’a Olovskiego pokazała się w druku. No i co ja mam na to odpowiedzieć? Sama nie wiem. Jakoś tak wyszło. Poza tym, to nie prawda, że zaczęłam późno, tzn. dopiero teraz, tzn w sześćdziesiątej (no, prawie!) wiośnie życia. Przecież ja całe życie coś piszę. Odkąd zgłębiłam tajniki „Elementarza” Falskiego, zeszytów „w dwie linie”, świecowych kredek i rysowania „szlaczków” za karę – piszę cały czas. W pacholęctwie moich dzieci popełni a łam książeczki dla nich, które spotkały się z całkiem niezłym odbiorem. Niestety głównie w gronie rodzinnym. Odbiór wydawców był mniej entuzjastyczny. Pamiętam opinię jednej z pań redaktorek, która skarciła mnie surowo za straszenie dzieci i odesłała do kąta z argumentem (w ostatniej linijce pisma) nie do odparcia: „Ja bym moim dzieciom czegoś takiego nie przeczytała,”

Francuska choroba

Obraz
Zaczęło się niewinnie. Latem, kilkanaście lat temu. Mieszkaliśmy wtedy w domu, który otoczony był lekko zdziczałym, wielkim ogrodem. Naszemu psu strasznie się to podobało, bo jak oszalały biegał wokół, wydeptując ścieżki w wysokiej trawie. Rosły tam brzozy, cisy, dąb i oczywiście wszechobecne laurowce. Wspaniały był ten ogród i rekompensował braki samego domu. Mąż był zapracowany, wyjeżdżał do pracy rano, wracał wieczorem, a R.S. często nas wtedy odwiedzał. Tego lata (upał był, przeplatany burzami) spędził u nas prawie cały sierpień. Znikał na kilka dni (miał jakieś swoje sprawy do załatwienia w Paryżu), ale potem znów się pojawiał ze swoją ortalionową torbą i małym plecakiem. Dom, jak wspominałam miał swoje wady – przesiadywaliśmy więc głównie w ogrodzie. Lato, gorąco, w trawie coś brzęczy, szemrze, słońce praży. Rozleniwienie i rozpasanie letnie. Ledwo co człowiek na siebie wkładał, bo gorąco. R.S. szorty jakieś, tors goły, japonki, ja niewiele więcej (no, tors za

Początek sezonu smuteczków

Obraz
Wystarczył chłód poranka, przegrzany pociąg, tłok w metrze, potem znów chłód, tym razem wieczorny i proszę- otwieramy sezon: g ardło boli, oczy szczypią i łzawią, z nosem coś bardzo nie w porządku. Jesień. Paryż się porom roku poddaje bardzo specyficznie, bardzo po parysku. Zaczyna się od zapachu. Coś nieuchwytnie zmienia się w woni powietrza i w jego kolorze. No jasne, że powietrze ma kolor. W Paryżu ma kolor lekko szarawy, ale z różnymi domieszkami. Wczoraj było w nim trochę jasnej zieleni i błękitu (takiego chłodnego, jaśniutkiego błękitu), bo dzień był pogodny. No i pachniało umieraniem lata. Ale Paryż to co innego. Tam może być nostalgicznie, dynamicznie, lirycznie, dramatycznie, ale nigdy nie jest smutno. Nawet, jeśli patrzący ma w sobie smutku niezmierzone ilości. Co innego wakacyjne kurorty, małe miasteczka, gdzie co drugi dom to résidence secondaire, albo wioski z campingiem i rybackim pomostem, jako główną atrakcją. Tam wrzesień to sam smutek. Na razi

Na wszelki wypadek

Obraz
Obudziłam się dziwnie niespokojna. No dobrze, właściwie obudził mnie dziwnie niespokojny pies. Zniknął w ciemnym jeszcze ogrodzie, coś zaszemrało, subtelnie, jak leśny strumyczek, jak wieczorna, spokojna fala na uśpionym jeziorze… Wrócił uspokojony. A mnie nadal coś dręczy. Sprawdzam w tablecie, czy ktoś wszedł na tego bloga, czy ktoś to w ogóle przeczytał i nagle… Jest. To to! Trzynasty wpis. Trzynasty! Ja nie, żeby tam coś, ale wiecie jak jest. Jak kot, zwłaszcza czarny, przebiegnie drogę, to przecież normalne, nie? Koty gdzieś tam biegają w swoich sprawach. Ale może tę, dajmy na to , staruszkę przepuszczę? Wygląda, że się śpieszy. Biur podróży, które reklamują podróże na kraj świata, też unikam. Bo, dobra, dobra, ja powiedzmy, wykupię taką wycieczkę. Stanę na tym kraju (za własne pieniądze!) i co jeśli spadnę? Albo pieniążek znajdę. Dziesięciocentówkę (też piechotą nie chodzi) na przykład. Lepiej popluć niż nie popluć. Nie poplujesz, zaraz za plecami usłyszy

Châteauneuf-du-Pape

Obraz
Bo jak tak patrzeć po tak zwanych mediach społecznościowych, to wszyscy pokazują koty, psy, jedzenie, dzióbki, opalone torsy, tipsy, albo jakieś inne kosmetyczne osiągnięcia i od tego staj ą się popularni. Też bym chciała być popularna, bo może moje książki by się lepiej sprzedały , czy coś? No ale mój dzióbek wyszedłby tragicznie, ostatni kot mnie opuścił kilka lat temu, pies się wkurza, jak mu usiłuję zdjęcie zrobić; pozostaje  pokazać co jem. Jakiś fajny talerz z kluchami w kontrastowym sosie...coś w tym stylu. Akurat przyjechali, biorę się za gary, będzie okazja. Żeberka obiecałam. Na modłę chińską. Tam trzeba dowalić mnóstwo przypraw, zapachów; jakieś cynamony, imbiry, czosneczki (duuużo!) , cebula, mąka ziemniaczana… ogólnie surwiwal dla gotujących „sometimes” . Ale, ok – przyjechali – ugoszczę. Żeberka kupiłam jakiś czas temu, poleżały w zamrażarce, bo wiem, że On lubi. Z Nią gorzej bo wegetarianka. Nic to – pichcę. Ryż do tego z szykanami: groszek, kukurydza, papryczk

Okna

Obraz
Do domu obok wprowadziła się młoda para z kilkumiesięcznym dzieckiem. To ten sam dom, w którym mieszkała starsza pani, pierwowzór Geneviève Hibou. I znów spełniająca się przepowiednia, bo tego właśnie bał się Serge po śmierci swojej sąsiadki – hałaśliwych sąsiadów. Młodzi są sympatyczni, energiczni, radośni, przyjaźni, towarzyscy, pełni planów i entuzjazmu. Z entuzjazmem i energią remontują dom. Nie straszne im czterdziestostopniowe upały, antywirusowe ograniczenia, ani kaprysy rzemieślników. Wybebeszyli już całą kuchnię, zdemolowali łazienkę, skuli tynki w pokojach, a nawet zmienili dach nad ogrodową szopką z przydasiami. Nie zapomnieli o ogrodzie. Kosiarki, piły, obcinarki i co tam jeszcze – burczy, wyje, charczy i rzęzi od świtu do zmroku. Szukam cienia w ogrodzie. Pies też szuka, ale on ma silniejszy instynkt przeżycia, więc szybko wybrał kąt między lodówką, a schowkiem na szczotki. Ja się jeszcze resztką sił upieram przy świeżym wiejskim powietrzu i widoku (nieco przyk