Posty

Tango ekolo

Obraz
  Mieliśmy tu w październiku powódź. Wspominam o tym, bo od października, od tej powodzi właśnie, różne tu zjawiska następują, które przedtem w naszej spokojnej wsi nie miały miejsca. A jeśli już, to z dużo mniejszym nasileniem. Jeśli ktoś takie przeżycie (powódź) ma za sobą, a nikomu nie życzę, to wie o czym mówię. O trudnych do ogarnięcia zniszczeniach nawet nie wspominam bo to oczywiste. Dodatkowo mamy wszechobecną wilgoć, a kamienne domy schną powoli, mchy i porosty zamiast trawników, a nawet na  murach i trotuarach, nowych (niechcianych) lokatorów w piwnicach i opuszczonych domach, itp., itd. Jednym słowem fauna i flora poczyna sobie zawadiacko zupełnie nie licząc się z wymyślonymi przez człowieka granicami. Z florą jeszcze jakoś by się dało dogadać, ale fauna bywa irytująca. Ostatnio, na przykład, zafundowała nam inwazję much i komarów. I słowo inwazja nie jest ani trochę przesadzone. Pełno tego. Wszędzie. Na zewnątrz i w środku, w sklepach i na ulicy,...

Obiad z szampanem

Obraz
  Miał dwanaście lat, gdy umarł ojciec. Na pogrzebie nowe buty otarły mu pięty, a biała, zapięta na ostatni guzik koszula zostawiła na szyi czerwony ślad i mnóstwo małych, ropnych krostek. Czerwiec był upalny, pocił się w ciemnej, przyciasnej marynarce. To wtedy zaczął mieć problemy z cerą. Wągry pojawiały się na nosie, na czole, a nawet na policzkach. Matka przestała głaskać go po buzi i poprawiać włosy. A włosy przetłuszczały mu się bardzo szybko, ale nie mył ich codziennie, bo musieli oszczędzać wodę. A może po prostu takie były zasady, że kąpiel bierze się tylko w soboty? Pierre, jego przyjaciel (wtedy myślał, że Pierre jest jego przyjacielem. Jak się ma dwanaście lat trzeba mieć przyjaciela. Każdy ma kogoś o kim mówi, to jest mój przyjaciel) też miał pryszcze i posklejane, nieładnie pachnącym sebum,włosy. Ale Pierre się tym nie przejmował i włosy nosił długie, prawie do ramion. Ojciec Pierre’a jeździł motorem, nosił kucyk i skórzane kurtki, klął kwieciście i ro...

Weź tego lepiej nie czytaj

Obraz
  Beata Kołodziejczyk wyskoczyła mi, jak z konopi, cztery lata temu. Wyskoczyła z Uśpionymi – książka taka. Niewesoła. Potem mi zniknęła. Beata, nie książka. Nie całkiem zniknęła, bo były wiersze, konkursy, nagrody, wyróżnienia, a może i coś jeszcze, o czym nie wiem. A teraz wskoczyły mi „Cztery smaki”. Też trochę jak z konopi, bo ani to nowość (pierwsze wydanie z 2015, drugie z 2017 roku), ani nie szukałam . Dostało mi się jak ślepej kurze. Najpierw na ostro. Nie powiem – jest ostro. Raczej nie dla dziewczynek, chociaż dziewczynek tam sporo. Jest narkodelirka, półsen, neurotyczne ciągi, deliryczne schizy – no, ostro. Lepiej chyba nie czytać, bo po co to wiedzieć. Potem jest na słono. Jeszcze lepiej, jeszcze dalej. Jeszcze bliżej tego ciemnego. Już umierania, chociaż jeszcze nie śmierci. Umierania na różne sposoby. Czasami we śnie, przez sen, czasami szpitalnego umierania, chorobowego, starczego, umierania zaprzeszłego, które już było. Uczestniczy się w tym, albo...

Kalendarze i łapanie czasu

Obraz
  Stary nawyk. Kalendarz, zwany dawniej książkowym, musi być. Zastrzegam, że dawniej, bo widziałam już nazwę „organizer roczny”, ale, wybaczcie, nie będę jej używać. Słowo organizer kojarzy mi się (nie mam pojęcia dlaczego) z małym, złośliwym zwierzątkiem, rodzajem nadpobudliwego gryzonia z wiecznie skrzywionym ryjkiem. Zostanę więc przy starej dobrej nazwie kalendarz. Ja bez niego ani rusz. Czas mi się gubi. A nawet obydwa czasy – ten z przodu i ten już za mną. Bez kalendarza (książkowego) siedzę przy kawie bezradna jak dziecko we mgle. Do kogo mam zadzwonić, kiedy ma przyjść ktoś, a kiedy ten inny, kombuchę mam już przelać do butelek, czy jeszcze poczekać, a termin „proszę się zgłosić za dwa tygodnie” to już minął, czy jeszcze? Z kalendarzem nie dam się nabrać na żadne „dawno nie dzwoniłaś, kochana”. Jak, że dawno? Proszę bardzo czarno (lub niebiesko) na białym stoi, że trzy dni temu. Że pamięć już nie ta? Oczywiście. I będzie tylko gorzej. Po to właśnie muszę mieć...

Podzielmy się

Obraz
  Na początek podzielmy się na nas i ich. My oczywiście lepsi, mądrzejsi, ogólnie kumaci i generalnie mamy rację. Oni – no cóż, ich jest niestety więcej, ale hałaśliwi są, głupi niemożebnie i ogólnie wkurzający. Trochę zbyt ogólnie? To podzielmy się na baby i chłopów (kobiety i mężczyzn; facetów i kobitki, itp.) I w zależności po której stronie stoimy baby to będą głupie ...ipy, a faceci głupie ...uje. Albo odwrotnie. Poopowiadajmy sobie dowcipasy, z obu stron równie smaczne, powydzierajmy sobie trochę kudłów z durnych łbów w szarpaniu się o sprzątanie, chlanie piwska, brak empatii, kompletne niezrozumienie i dziejowe niesprawiedliwości. Z zaproponowanej tematyki pełnymi garściami mogą czerpać (i czerpią) obie strony. Możemy też podzielić się na białych i nie białych (czarnych, bambusów, ciapatych, arabusów, żółtków, upaprańców, itd.). No chyba, że my akurat jesteśmy czarni, albo ciapaci, to wtedy do tego co w nawiasie dopisujemy białasów, bladziaków i inne takie...

Miłośnikom starych domów poświęcam

Obraz
  Siedzimy, kawę pijemy chociaż popołudnie. Gadamy, no przecież, o podróżach. W Marrakeszu ścisk i wszystko pod turystów, na południu (córka mieszka w Cannes) ludzie jacyś inni, na Dominikanie biedę widać i ludzie narzekają, a Kuba niewiele się od Dominikany różni (w kwestii tej biedy i ludzi), za to na Seszele to by jeszcze raz się wybrał. Drogo jak cholera, ale cudownie. Przytakuję, albo się dziwię. Najczęściej ( z braku materiału porównawczego) ograniczam się do jakże wygodnego - Ah bon hein I brwi trzeba wtedy unieść wysoko, tak żeby prawie schowały się pod grzywką, a oczy otworzyć najszerzej jak można. Poprzednio kawy nie chciał, bo już miał nadpite. Ręce by mu się trzęsły i głowa by go bol ała , j eśli by sobie pozwoli ł na więcej niż trzy-cztery filiżanki dziennie. Dziś tylko rano swoją miarkę wypił, a potem liczniki zakładał w pustych mieszkaniach, zakupy jakieś musiał zrobić, więc owszem, dziś się chętnie napije. Z mlekiem, jeśli można, bo mocna, powi...

Podróż

Obraz
      Wyszła wcześniej, żeby się nie spóźnić. Wcześniej niż powinna, dużo wcześniej. A i tak szła szybko. Żeby się nie spóźnić. Dworzec pusty, jak zwykle o tej porze dnia, ponury, jak zwykle o tej porze roku. Tylko pan w kasie, mżawka, wiatr i ona.     Przekłada bilety z torebki do kieszeni, z kieszeni do plecaka, z plecaka do innej kieszeni. Bilet w tamtą stronę, powrotny i dwie peronówki. Peronówki mieszają się z biletami na metro, zostały z karnetu kupionego poprzednim razem. Ciekawe, czy nadal aktualne, bo coś mówili, że będą wycofywać te małe, papierowe, więc jeszcze raz, inaczej: ten do wewnętrzej kieszeni, powrotny do torebki, peronówka tutaj, te na metro...      Jest. Widać go już. Wyłania się zza zakrętu. Pełźnie. Jakiś chłopak biegnie, ciągnąc walizkę na kółkach. Terkocze tymi kółkami, sapie, przytrzymuje ręką szalik. Zdążył. W pociągu pusto. Blondynka w kolejarskim mundurze przechadza się wzdłuż składu. Nie sprawdza bile...