Posty

Pani D się boi

Obraz
    Na piętrze już prawie nie bywam. Jak trzeba grzać, to tam przykręcam kaloryfery, bo szkoda pieniędzy, a gaz kosztuje. W łazience ciągle coś się psuje. Piecyk jakoś źle działa, spod muszli klozetowej wylewa się woda… Nie nie, nie spod muszli, spod muszli to w tej na dole się leje, a tam to spłuczka nie chce przestać ciurkać wodą. Trzeba taki jakby kranik zakręcać. Nawet jak próbuję, to siły w palcach nie mam i ciągle ciurka. Ciurka i ciurka, a woda kosztuje. Kiedyś z pralki wylało się na podłogę. Nie, że wąż wypadł – spod wanny się rozlewało na całą łazienkę. Teraz pralki boję się włączyć. Ktoś to naprawił. Chyba. Nie pamiętam. Zdenerwowałam się tak, że sama już nie wiem. No i po schodach trudno. A jeszcze jak ta żarówka się spaliła, to już zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Zresztą nie potrzebuję tak na co dzień. Czasami umyć by się człowiek chciał, ale do wanny przecież nie wejdę. Twarz ochlapię nad umywalką, ręce przemyję, wystarczy. Kto by tam brał kąpiele...

Takie tam

Obraz
   O czemże dumać na paryskim bruku, Przynosząc z miasta uszy pełne stuku, Przekleństw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów, Zapóźnych żalów, potępieńczych swarów?... Było tak. Zupełnie bez związku z mottem. Zawalił się dach. Człowiek (malutki, nieważny) musiał uciekać. Uciekał od wszystkiego. Od całego swojego życia pod tym dachem. Od marzeń, bo kiedyś, dawno, jakieś miał. Od złudzeń, bo trzymały się dłużej. Od nadziei, bo podobno umiera ostatnia. Uciekł. Nikt nie wie dokąd. Zniknął. Poszedł, pojechał, odpłynął, odleciał. Taki symbol ten dach? Dla niego nie. Dla niego dach po prostu. Spał pod nim. Pod nim jadł, chronił się przed deszczem i upałem. Uciekał tam, pod ten dach, przed wszystkim i wszystkimi, przed tym czego nie rozumiał, czego nie mógł pojąć, przed nienawiścią, albo tylko niechęcią, przed niezrozumieniem. I któregoś dnia ten dach się zawalił. Stary był. Trzeszczał od dawna. Robaki toczyły w nim korytarze, sypały się trociny, rdzawy drzewny p...

Odmch...

Obraz
    Jest tak.  Wiosna. Wiosna wymodlona, oczekiwana, przewidywana, wymarzona. Wreszcie będzie ciepło, wreszcie rachunki (prąd, gaz) spadną, wreszcie będzie można udawać, że będzie lepiej. Na razie jeszcze nic nie wiadomo. Jedni się podniecają meteorologią, inni do meteorologii dorabiają magię, czary mary, religię nawet. 20 marca – wiosna astronomiczna, 21 marca–wiosna kalendarzowa. Ogólnie – hura – wiosna! A u mnie jak ? A u mnie - oż, cholera, wiosna! Romantyzm romantyzmem, ale trzeba się wziąć za robotę. Grabić (to nie problem), ciąć (to już zależy od rozmiaru konarów), kopać, szorować, odgruzowywać, odkopywać. Chwaściory, mech, insekty, gryzonie. I nie milusie wiewióreczki, jeżyki, łasiczki. Nie nie. Szczury. Paskudne, złośliwe, bezkarne, bo ilościowo przeważające. Nic dobrego. Nie te misiate, słodkie źwieziaćki. Nie te piesie, kociełki, futerkowe misie-pysie. Zostawmy te zwierzaki, natura nie chce być cała miła, różowa i w falbankach, przejdźmy do ...

Paradiso w La Ferté

Obraz
   Niedzielne popołudnie. Późne popołudnie, ale jeszcze jasno. Zachód słońca 18.32. Chłodno, jak na wiosnę, ciepło, jak na zimę. Takie nie wiadomo co. Co robić? A może by tak (czemu nie?) do kina? To kino chodziło mi już dawno po głowie, ale (książki, internet, telewizja!) jakoś ciężko się zebrać. Najwyższy czas. Bo nie chodzi o film. Chodzi o to, żeby iść do kina. Seans o 18.00. Film nazywa się „Dreams”. Opisany jako dramat, romans, thriller. Na ekrany wszedł chyba w styczniu. Niech będzie. Wychodzę (jak zwykle) za wcześnie. Nie szkodzi, przy okazji będzie spacer. Brama już otwarta. Wchodzi się przez dziedziniec. Dziedziniec też wart obejrzenia, bo budynek zabytkowy (XVI wiek) – mieszkała tu kiedyś Marie Rivière, siostra Jeana Racine'a, a efektowna wieża z fazowanymi narożnikami pochodzi z okresu Ludwika XIII. Ludwik XIII to ten, którego nazywali Sprawiedliwym i naprawdę nie wiem dlaczego, bo najbardziej lubił konie, psy i polowania, a rządziła za niego mamu...

... samotny myśliwy na strychu

Obraz
   Wstęp: Znowu ten strych. Strych ze swoim bogactwem wspomnień. Pudła z książkami przebywającymi na, często niezasłużonym, wygnaniu. Grzebię w tych pudłach, kicham, bo kurz, odkładam te które koniecznie chcę zabrać na dół, przywrócić do życia. Maleńki format, szara okładka, wydanie z 1975 roku, Czytelnik, seria Nike. Obwoluta (pamiętam, że była brązowa) dawno już nie istnieje, pewnie zgubiona, zniszczona, porwana. Na szarej okładce plamy jakiegoś brudu, rogi trochę przetarte, a papier zżółknięty w ten rozczulający sposób, w jaki tylko kartki książek potrafią żółknąć. „Serce to samotny myśliwy” Carson McCullers. No, ten tomik na pewno ze mną opuści strych. Wart jest przypomnienia, przytulenia, ponownego czytania. Upchnęłam w walizce, przywiozłam ze sobą. W czasie wakacyjnego wyjazdu czasu na czytanie spokojne, uważne, w skupieniu, pozostaje niewiele. W wakacje czyta się lekko, szybko, eskapistycznie. W końcu od tego są wakacje. Doczekała się książka jesieni. ...

Strychów pamięci żałobny rapsod (będzie smętnie, ale nie heksametrem)

Obraz
  Rzecz nie o świątecznych porządkach – że niby pucować trzeba od piwnic po strych. Pucować zdarza mi się, nie powiem, ale niekoniecznie na hasło. Sprzątam w swoim rytmie, najczęściej bez związku (no może w związku z bałaganem, albo innymi czynnikami, o których nie czas teraz rozprawiać) z datami, okazjami, czy ogólnopolskim alertem sprzątaniowym Strych wszedł mi do głowy w Polsce, podczas wakacji. Szukałam czegoś uparcie. Znacie to- no przecież wiem, że gdzieś tu było! Wszystkie szafy, szafki i szuflady, nawet regały w piwnicy i półki ze szpejem w komórce miałam już za sobą. Został tylko strych. Poszłam. Cóż może być na strychu? Stara kanapa. Wielka i ciężka (zbyt ciężka, żeby ją stamtąd wynieść) obita ciemną, mięsistą tkaniną w wielkie kwiaty, szafy, pudła z książkami, rocznikami gazet, kosze z dziecięcymi zabawkami, sanki, rowerki dziecięce i jeden duży, słoje na wino, stare sprzęty kuchenne...nie wymienię wszystkiego. Nie da się. Stałam na środku strychu ...

Zimna woda zdrowia doda

Obraz
  ...no to się przekonamy. A to było tak: Dom stary, chromy, kaszlący i słaby, ale do ubiegłorocznej powodzi jakoś się trzymał. Lepiej, gorzej, czasami kaprysił, czasami pogroził jakąś naderwaną listwą, ale trwał. Po powodzi, jak ja po covidzie, jakoś dojść do siebie nie może. Najbardziej ucierpiała, oczywiście, instalacja elektryczna, wilgoć wszędzie, a mech jest od tamtej pory moim stałym towarzyszem (czasami i do wnętrza wlezie), ale i hydraulika szwankuje. Co będę udawać – kasy na totalny remont brak. Na sporadyczne naprawy też nie starcza, ale cóż – ratujmy co się da. Ostatnio lubią popuszczać zaworki. Co rurka z zaworkiem to zaworek puf. Albo przynajmniej uszczelka, albo kran jakiś, łączenie rur na odpływie – no wiecie, takie tam hydrauliczne atrakcje. Sufit w kuchni (łazienka jest nad kuchnią) przypomina obraz Kandinskiego, tyle że monochromatyczny. Wycieki dawne, nowsze i te aktualne. Już suche, jeszcze wilgotne i najnowsze – ciemne, intensywne, wyraz...

Gdzie się podziali szczęśliwi ludzie

Obraz
  Kiedyś nie bałam się burz. Mało czego się bałam, bo świat był młodszy, a ludzie szczęśliwsi. Teraz burzom (frontom atmosferycznym, huraganom, cyklonom) nadaje się imiona. I tych z imionami trzeba się bać. W ubiegłym roku odwiedził (nawiedził) nas tu Kirk. Trochę narozrabiał, a występy zakończył efektownie – powodziami. W tym roku wpadł na chwilę Benjamin. W sąsiednim departamencie trafiło się tornado, u nas łaskawie nie awanturował się za bardzo, ale atmosferę grozy skutecznie podbijali telewizyjni prezenterzy, dziennikarze, spece od meteorologii i oczywiście internetowi eksperci od wszystkiego. Pojawiały się określenia „bomba meteorologiczna” , ciśnienie atmosferyczne wariowało, transport kolejowy odwołany, podliczanie strat, wyłączenia (awarie) prądu, i tak dalej. Może więc to przez tę meteorologiczną bombę, to ciśnienie co to najpierw rosło, potem spadało na łeb na szyję? Wiadomo przecież – jak za niskie człowiek senny i bez humoru, jak za wysokie głowy...

Trzeba wreszcie rozpakować walizkę

Obraz
       Trzeba wreszcie rozpakować walizkę. Kota pogłaskać, obiecać, że już nigdy...aż do następnego razu. On, cwaniak, f uka obrażony, ogon nosi sztywno, a do miski podchodzi dopiero kiedy ty wychodzisz z kuchni. Nie wierzy. I ma rację. Na walizkę (nierozpakowaną) patrzy jak na raroga. A w niej, w tej walizce, resztki tamtych miejsc, zapachy jakieś, teraz już obce, bilet z datą sprzed tygodnia i szalik („weź, bo zimno”) nie twój, którego nie oddasz tak szybko, no bo kiedy. Dom, trochę jak ten kot, też pokazuje fochy. Ciemniejszy, wyziębiony, smutny jakiś. Nawet łóżko, najwygodniejsze przecież, bo własne, z materacem wygniecionym tak jak trzeba i poduszką idealnie wpasowującą się pod plecy, gdy chcesz skończyć rozdział – nawet to łóżko jakieś obce tej pierwszej nocy. Ale ręka jednak na pamięć znajduje wyłącznik lampki, po szklankę z wodą można sięgnąć i po ciemku – stoi tam gdzie zawsze, tam gdzie powinna. Pierwszy świt, późniejszy niż tam, ciągle jak...

Cieplutko

Obraz
  Ten upał ma kolor biały. To taka biel, która migoce karminowymi punkcikami za zbyt cienką zasłoną powiek. Jest też brunatny od zbrązowiałych traw i zaschniętych na wapiennych ścianach, brunatnych liszajów mchu. Pod stopami trzeszczy konająca trawa, żegnana basowymi psalmami trzmieli. Brzmią fałszywie, jak strojenie instrumentów, jakby owadzia orkiestra nie była jeszcze gotowa na pogrzebne chorały. Jaszczurki są ciche. Czasami nie wiadomo, czy to jakaś przebiegła właśnie po kamieniu, czy tylko mignęło w oczach. Mrugnięcie i nie ma jej. No chyba, że zagapi się taka na chwilę, pomyśli, porozgląda. Jeśli masz szczęście usłyszysz szelest osypującego się pyłu. Liście nie szumią. Nie chce im się. Tkwią sobie nieruchome, pociemniałe, niektóre skręcone w paroksyzmie umierania, zżerane przez robactwo, z pomarańczowymi plamami, czarną pleśnią lub oblepione mszycami, zadeptywane przez zadowolone mrówki. Są takie godziny, kiedy biel powoli zaczynają rozpraszać smugi ...

Tango ekolo

Obraz
  Mieliśmy tu w październiku powódź. Wspominam o tym, bo od października, od tej powodzi właśnie, różne tu zjawiska następują, które przedtem w naszej spokojnej wsi nie miały miejsca. A jeśli już, to z dużo mniejszym nasileniem. Jeśli ktoś takie przeżycie (powódź) ma za sobą, a nikomu nie życzę, to wie o czym mówię. O trudnych do ogarnięcia zniszczeniach nawet nie wspominam bo to oczywiste. Dodatkowo mamy wszechobecną wilgoć, a kamienne domy schną powoli, mchy i porosty zamiast trawników, a nawet na  murach i trotuarach, nowych (niechcianych) lokatorów w piwnicach i opuszczonych domach, itp., itd. Jednym słowem fauna i flora poczyna sobie zawadiacko zupełnie nie licząc się z wymyślonymi przez człowieka granicami. Z florą jeszcze jakoś by się dało dogadać, ale fauna bywa irytująca. Ostatnio, na przykład, zafundowała nam inwazję much i komarów. I słowo inwazja nie jest ani trochę przesadzone. Pełno tego. Wszędzie. Na zewnątrz i w środku, w sklepach i na ulicy,...